W Szczawie trudno opowiedzieć historię miejscowości, pomijając wiarę. Nie dlatego, że wszyscy przeżywamy ją jednakowo, równie często siadamy w kościelnej ławce czy na każde pytanie mamy tę samą odpowiedź. Chodzi o coś znacznie głębszego. Przez pokolenia wiara była tutaj jednym z porządków, według których układało się życie rodzin i całej wspólnoty. Chrzest, pierwsza komunia, ślub, pogrzeb, Pasterka, rezurekcja, odpust, procesja Bożego Ciała, święcenie pokarmów, ziół i wianków – dla kogoś z zewnątrz mogą być tylko elementami religijnego kalendarza. Dla ludzi wychowanych w takim miejscu są częścią pamięci. Po latach nie zawsze pamięta się słowa kazania, za to pamięta się rękę matki prowadzącej do kościoła, dziadka stojącego ze sztandarem, dźwięk dzwonów rozchodzący się po dolinie, zapach kwiatów przy ołtarzu, kolędę śpiewaną obok ludzi, których dzisiaj już z nami nie ma. I właśnie z takich obrazów powstaje tożsamość. Nie da się jej uchwalić, kupić ani zaprojektować w gabinecie. Można ją jedynie otrzymać od poprzednich pokoleń, a później zdecydować, czy przekaże się ją dalej.

Historia szczawskiej parafii pokazuje, jak długo mieszkańcy czekali na własną świątynię. Szczawa należała pierwotnie do parafii w Kamienicy. Już w 1932 roku ks. Jan Rośek, ówczesny proboszcz kamienicki, zwracał się do Kurii Diecezjalnej w Tarnowie o możliwość odprawiania Mszy w „Białej Kaplicy” w Szczawie, wskazując między innymi na dużą odległość dzielącą mieszkańców od macierzystego kościoła. Dwa lata później odprawiono pierwszą Mszę w kapliczce na osiedlu Pod Turnią. Później przyszła wojna i właśnie wtedy pojawiły się słowa, które po latach nabierają niemal symbolicznego znaczenia. Parafialne kalendarium zapisuje partyzancki plan wprost: „Zbudujemy kościół w Szczawie po wojnie jako wotum dziękczynienia, złożone Najświętszemu Sercu Pana Jezusa za ocalenie”. Po zakończeniu wojny ta obietnica nie została zapomniana. W 1947 roku mieszkańcy zawiązali Komitet Budowy Kościoła i Parafii, w 1957 rozpoczęto budowę, w 1959 świątynię oddano do użytku, a w 1963 zakończono główne prace związane z jej wyposażeniem. Znaczącego wsparcia finansowego i materialnego udzielili byli żołnierze 1 Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej. 17 czerwca 1963 roku kościół został poświęcony. To właśnie tę drewnianą świątynię znamy dzisiaj jako Kościół Partyzancki.

Trudno znaleźć dla niej lepszą nazwę, bo wojna w Szczawie nie była odległym wydarzeniem oglądanym z bezpiecznej perspektywy. W okolicznych lasach i dolinach działali żołnierze 1 PSP AK, miejscowa ludność wspierała konspirację, a Polanki nad Szczawą stały się miejscem alianckich zrzutów dla Armii Krajowej. Tutaj pamięć o wojnie nie zaczęła się od tablicy postawionej kilkadziesiąt lat później. Powstawała jeszcze wtedy, gdy żyli ludzie, którzy tę historię tworzyli. To właśnie z tego środowiska wyrosła tradycja Odpustu Partyzanckiego, spotkań kombatanckich i późniejszego gromadzenia pamiątek po 1 PSP AK. Szczawa20.pl opisywała już szerzej tę niezwykłą ciągłość: od wojennych wydarzeń, przez ludzi takich jak Jan Cieślak „Maciej”, aż po kolejne pokolenia podtrzymujące pamięć o żołnierzach. W naszym starym kościele drewno jest więc czymś więcej niż materiałem budowlanym. Można powiedzieć, że stało się okładką księgi, do której przez dziesięciolecia dopisywano kolejne rozdziały: strach czasu wojny, wdzięczność za ocalenie, pamięć o poległych, spotkania kombatantów, modlitwy za Ojczyznę, pierwsze komunie, śluby, pogrzeby i zwyczajne niedziele kolejnych rodzin.

Parafia rosła razem ze Szczawą. W 1958 roku wydzielono samodzielną placówkę duszpasterską, 6 grudnia 1980 roku została ona formalnie przekształcona w parafię, a gdy drewniana świątynia przestała wystarczać rozwijającej się wspólnocie, rozpoczęto starania o nowy kościół. Decyzję o jego budowie podjęto w 1992 roku, pierwszą Mszę odprawiono tam w 2000 roku, a 26 czerwca 2022 roku świątynię konsekrowano. Powstanie nowego kościoła nie odebrało znaczenia staremu. Stało się wręcz odwrotnie. Nowa świątynia przejęła codzienny ciężar życia dużej parafii, Kościół Partyzancki pozostał miejscem szczególnym, którego wartości nie mierzy się liczbą miejsc w ławkach. Takie miejsca przypominają, że wspólnota religijna nie składa się wyłącznie z murów, księży i niedzielnych nabożeństw. Tworzą ją również ludzie przygotowujący kościół do świąt, strażacy idący w procesji, dzieci sypiące kwiaty, ministranci, lektorzy, zespoły, rodziny dekorujące ołtarze, ktoś niosący chorągiew i ktoś, kto po cichu przez lata wykonuje pracę, której prawie nikt nie zauważa. Wiara w małej miejscowości ma często właśnie taką twarz: mniej spektakularną, bardziej codzienną.

Coraz częściej sam łapię się przy tym na myśli, że w całej współczesnej dyskusji o wychowaniu potrafimy niesamowicie komplikować coś, co przez pokolenia było zapisane niezwykle prosto. Zmieniamy szkołę, programy, metody wychowawcze, technologie, język, którym rozmawiamy z dziećmi, i świat, do którego je przygotowujemy. Jednego nie powinniśmy zgubić: jasnego rozróżnienia pomiędzy tym, co dobre, a tym, co krzywdzi drugiego człowieka. I właśnie dlatego im jestem starszy, tym częściej wracam myślami do Dziesięciu Przykazań. Dla człowieka wierzącego są słowem Boga. Ktoś, kto nie wierzy albo przeżywa swoją duchowość inaczej, może spojrzeć na nie także jako na jeden z fundamentów moralnych kultury, w której wychowywały się całe pokolenia. Niezależnie od punktu wyjścia trudno nie dostrzec ich niezwykłej siły. Nie zabijaj. Nie kradnij. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw drugiemu człowiekowi. Czcij ojca swego i matkę swoją. Nie pożądaj tego, co należy do innych. Kilka prostych zdań, a pomiędzy nimi niemal cały elementarz uczciwego życia.

Dla mnie Dekalog jest złotem, które dostaliśmy od poprzednich pokoleń. Nie chodzi o to, żeby używać przykazań jak linijki do mierzenia cudzej wiary ani pałki do oceniania ludzi. Sam człowiek wierzący przecież nie staje się automatycznie lepszy tylko dlatego, że potrafi wymienić wszystkie przykazania. Ich prawdziwa wartość zaczyna się dopiero wtedy, gdy przekładają się na życie. Możesz być ambitny, tylko nie buduj swojego sukcesu na cudzej krzywdzie. Możesz zarabiać pieniądze, tylko nie zabieraj tego, co nie jest twoje. Możesz mieć własne zdanie, tylko nie niszcz drugiego człowieka kłamstwem. Możesz żyć inaczej niż twoi rodzice, tylko nie zapominaj o szacunku wobec ludzi, od których wszystko się zaczęło. Możesz zajść bardzo daleko, lecz jeśli po drodze zgubisz uczciwość, odpowiedzialność, słowo dane drugiemu człowiekowi i zwyczajną przyzwoitość, trudno mówić o prawdziwym sukcesie. I właśnie dlatego uważam, że niezależnie od tego, czy ktoś dzisiaj wierzy mocno, ma wątpliwości, oddalił się od Kościoła czy Boga w swoim życiu nie odnajduje, nie powinniśmy wyrzucać zasad tylko dlatego, że zmienił się świat wokół nich. Zdrowe społeczeństwo potrzebuje wspólnego minimum moralnego. Potrzebuje przekonania, że życie ludzkie ma wartość, cudza własność ma granice, kłamstwo potrafi zniszczyć człowieka, rodzina wymaga odpowiedzialności, a wolność nie oznacza prawa do wszystkiego.

Może właśnie to powinno być jednym z najważniejszych elementów wychowania naszych dzieci. Chcemy przecież dać im lepszą edukację, możliwości, języki, podróże, technologie, pewność siebie i szansę wyboru własnej drogi. Bardzo dobrze. Warto od czasu do czasu zadać jeszcze prostsze pytanie: jakiego człowieka właściwie chcemy wychować? Takiego, który będzie umiał wygrać, czy również takiego, który będzie wiedział, kiedy nie wolno wygrać za wszelką cenę? Człowieka przedsiębiorczego czy także uczciwego? Niezależnego czy zdolnego ponosić odpowiedzialność za innych? Pewnego siebie czy umiejącego powiedzieć „przepraszam”? Zdolnego osiągać cele czy również dotrzymywać słowa wtedy, gdy bardziej opłacałoby się je złamać? Tradycja bez takich wartości bardzo szybko może stać się dekoracją zakładaną kilka razy w roku do zdjęcia. Dopiero kiedy za strojem, pieśnią, sztandarem, procesją i rodzinną historią stoi sposób traktowania drugiego człowieka, tradycja naprawdę ma sens. To właśnie powinniśmy przekazywać dalej: nie tylko to, jak żyli nasi dziadkowie, lecz również to, co uważali za warte obrony.

Szczawa znajduje się dzisiaj w niezwykle ciekawym momencie swojej historii. Od 1 stycznia 2025 roku funkcjonuje jako samodzielna gmina, a po wielu latach starań mieszkańców może jeszcze wyraźniej opowiadać o sobie własnym głosem. Mamy ogromny kapitał, którego nie trzeba wymyślać od początku: wody mineralne, Gorce i Beskid Wyspowy, lasy, potoki i szlaki, historię 1 PSP AK, Kościół Partyzancki, Odpust Partyzancki, lokalne zespoły, Związek Podhalan, kapliczki, rodzinne opowieści i obyczaje przekazywane między pokoleniami. Rozwój turystyki, promocji i nowych przedsięwzięć może właśnie z tego wyrastać. Najbardziej interesujące miejscowości nie są przecież kopiami innych miejsc. Są przestrzeniami, które wiedzą, skąd przyszły, i potrafią tę historię opowiedzieć współczesnym językiem. Szczawa nie musi swojej tożsamości szukać. Ona leży dookoła nas: przy starym kościele, na Polankach, w pijalni, na górskich ścieżkach, w rodzinnych fotografiach, w pieśniach i w pamięci ludzi. Utworzenie gminy było zwieńczeniem wieloletnich dążeń miejscowej społeczności, a jednym z argumentów wskazywanych przy jej tworzeniu był także potencjał uzdrowiskowy i udokumentowane zasoby wód leczniczych.

I właśnie podczas zbierania materiałów do tego tekstu coraz mocniej wraca do mnie pewien pomysł. Skoro mamy miejsce, którego historia zaczęła się od wojennej obietnicy budowy kościoła, mamy dzieci, lokalne zespoły, górali, Związek Podhalan, rodziny pamiętające kolejne pokolenia i ludzi od lat przywracających pamięć o 1 PSP AK, to może warto któregoś Bożego Narodzenia zebrać to wszystko w jednym wydarzeniu. Nie mam na myśli kolejnego dwugodzinnego koncertu, po którym scena znika następnego ranka. Myślę o wielkim kolędowaniu w Szczawie, zbudowanym od początku wokół historii tego miejsca. O dzieciach śpiewających razem z najstarszymi mieszkańcami, lokalnych kapelach, góralach, krótkiej opowieści o Kościele Partyzanckim i ludziach, którzy ponad osiemdziesiąt lat temu składali tutaj swoją obietnicę. Może nawet o zaproszeniu dużej ogólnopolskiej telewizji i pokazaniu Szczawy nie jako dekoracji pod program świąteczny, lecz jako bohatera tej opowieści. Miejsca, w którym historia, wiara, pamięć i muzyka nie zostały ustawione przez scenografa, bo są tutaj od pokoleń. Na razie jest to pomysł i być może dobrze, żeby właśnie od pomysłu wszystko się zaczęło. Jeśli ktoś dotarł do końca tego tekstu, to jestem naprawdę ciekawy Waszego zdania: czy takie wielkie bożonarodzeniowe kolędowanie, mocno osadzone w wierze, historii i tradycji Szczawy, powinno się wydarzyć?
Zdjęcia: archiwum prywatne autora oraz profil „Parafia w Szczawie” na Facebooku.
W załączeniu przesyłam przygotowany pitch deck dotyczący propozycji realizacji „Wielkiego Kolędowania z Polsatem” w Szczawie. Prezentacja przedstawia tło historyczne projektu, znaczenie Kościoła Partyzanckiego i tradycji 1 PSP AK, koncepcję widowiska oraz lokalne zaplecze organizacyjne, które możemy zapewnić po stronie Fundacji Szczawa 2.0 i partnerów w Szczawie.